Nadszedł czas zmienić stajnie.
Przeniosłam Karakalla za trenerem do stadniny koni w Jaroszówce. Dostał ogromny boks, "prywatne" padoki, i siana do oporu (chodź muszę przyznać, że on nie ma ograniczeń jeżeli chodzi o spożycie siana :> ).
Konia przewiozły mi urocze koleżanki Ola i Asia :). Karakall na początku nie chciał wejść, ale jak już ustaliłam z nim kto decyduje gdzie idzie, wszedł bez oporu i stał grzecznie całą drogę.
Gorzej było z ilością moich rzeczy zgromadzonych w stajni :D Zrobiłam chyba 5 kursów między siodlarnią, a autem.... a muszę powiedzieć, że wcześniej trochę rzeczy wywiozłam do domu -,-
Fot. Ja i Karakalla po przyjeździe do Jaroszówki.
Karakall szybko odnalazł się w nowej stajni. Standardowo jako towarzystwo dostał klaczki :)
Cieszył się jak dziecko jak puszczałam go na padok i ta jego mina jak wieczorem do boksu naniosłam mu tyle siana że mógł się w nim wytarzać... czy wiście rano prawie nic nie zostało...
Pierwszy trening... wieczór, auto przede mną i napalony na bieganie Karakall pode mną :) Jazda nocą w blasku gwiazd i księżyca, trochę się bałam, ale mój koń ma odwagi za nas dwoje. Całe szczęście!
Za dnia poznałam jaroszówkowe lasy i wyznaczyłam sobie pętle treningowe. Nie ma co narzekać bo jest gdzie jeździć i zwiedzać. Dokoła pełno koni, więc towarzystwo też jest, gorzej tylko, że nikt nie jest w stanie robić takich dystansów jak ja i treningi dalej mamy sami.

