piątek, 28 grudnia 2012

Zimowe rozprężenie :)

Zima w tym roku jest bardzo łaskawa, więc lonżujemy się i spacerujemy.
Karakalla spuchł jak klacz w ciąży ;) ale to dobrze, ponieważ będziemy mieli z czego masę budować :)
Pomału zaczynam wprowadzać lonże treningowe, czyli kłus po 40 min :)

Nasza rzeczka w Jaroszówce jeszcze nie zamarzła ;)



poniedziałek, 19 listopada 2012

Koniec sezonu

Sezon zawodów rajdowych się już skończył nie udało się wystartować w ostatnim rajdzie :/
Mój piękny i niewątpliwie odważny ogier wykonał ślizg na kałuży, a że był super wylajtowany nadwyrężył sobie nogę co wykluczyło nas z zawodów. Szkoda bo byliśmy świetnie przygotowani ...
Za to przeżywamy treningi z ziemi od nowa i pracujemy cały czas. Ćwiczymy nie tylko długie leśne bieganie, ale także drążki i małe skoki, żeby Karakalla mógł się nie znudzić :) a tak serio to warto uczyć konia wielu rzeczy, ponieważ konie lubią to :)








czwartek, 4 października 2012

Przeprowadzka

Nadszedł czas zmienić stajnie. 
Przeniosłam Karakalla za trenerem do stadniny koni w Jaroszówce. Dostał ogromny boks, "prywatne" padoki, i siana do oporu (chodź muszę przyznać, że on nie ma ograniczeń jeżeli chodzi o spożycie siana :> ).
Konia przewiozły mi urocze koleżanki Ola i Asia :). Karakall na początku nie chciał wejść, ale jak już ustaliłam z nim kto decyduje gdzie idzie, wszedł bez oporu i stał grzecznie całą drogę. 
Gorzej było z ilością moich rzeczy zgromadzonych w stajni :D Zrobiłam chyba 5 kursów między siodlarnią, a  autem.... a muszę powiedzieć, że wcześniej trochę rzeczy wywiozłam do domu -,- 

Fot. Ja i Karakalla po przyjeździe do Jaroszówki.






Karakall szybko odnalazł się w nowej stajni. Standardowo jako towarzystwo dostał klaczki :) 
Cieszył się jak dziecko jak puszczałam go na padok i ta jego mina jak wieczorem do boksu naniosłam mu tyle siana że mógł się w nim wytarzać... czy wiście rano prawie nic nie zostało... 
Pierwszy trening... wieczór, auto przede mną i napalony na bieganie Karakall pode mną :) Jazda nocą w blasku gwiazd i księżyca, trochę się bałam, ale mój koń ma odwagi za nas dwoje. Całe szczęście!
Za dnia poznałam jaroszówkowe lasy i wyznaczyłam sobie pętle treningowe. Nie ma co narzekać bo jest gdzie jeździć i zwiedzać. Dokoła pełno koni, więc towarzystwo też jest, gorzej tylko, że nikt nie jest w stanie robić takich dystansów jak ja i treningi dalej mamy sami. 

Fot. Część moich rzeczy przed spakowaniem do auta :)


środa, 19 września 2012

Powrót do formy :)

   Po kontuzji Karakall bardzo szybko wrócił do formy. Nie przemęczałam go początkowo i treningi miał bez siodła i ogłowia na hali na samym sznurku (nie wiem jak to się w naturalu profesjonalnie nazywa). I tak mój koń ćwiczył głowę i mógł też rozruszać i przygotować do intensywniej pracy mięśnie po kontuzji.
Ćwiczenia na sznurku od tej pory zaczęły być początkiem każdego mojego treningu.
Pomału zwiększałam długość i intensywność treningów. Niestety początkowo to było nawet 3h stępa... totalna nuda, ale czego się nie robi by ozdrowić konia ;)
w ciągu tygodnia takiego bezkresnego stępowania po lasach Karakalla dał znać, że nie boi się zakłusować, a nawet zagalopować. Tak dzień po dniu ćwiczyliśmy zagalopowania, drążki, aż doszliśmy do dłuższych wyjazdów na szlak.
Pierwszy poważny trening po kontuzji... byłam zestresowana, że zakuleje znów!
Na starcie Karakalla miał tętno 38, trasa miała ok. 40 km , drań pokonał ją w 2h i 40 min... tempo ogólne miał ok 16km/h tętno  na mecie 60 i po 3 minutach ok 55
Szybki cfaniak. Dodam jeszcze, że miałby lepszy czas, ale potknął się na żwirze, uratował moją twarz od spotkania z drogą, ale sam trochę się pocharatał.. na szczęście nie groźnie.
Zauważyłam, że mój koń bardzo się wyciszył jeżeli chodzi o napotkane konie na trasie, zaczął przybierać na masie ładnie. No i ten błysk sierści :) ahh chyba to ten preparat go tak poprawił! Jednak żywieniowcy koni mają racje, konie potrzebują dodatkowych suplementów poza owsem. W końcu jakby były na wolności same by sobie znalazły co im potrzeba a tak my musimy im wszystko organizować!

Fot. Ja i Karakalla na wspomnianym treningu.


piątek, 17 sierpnia 2012

Pierwsza kontuzja i pierwszy Sponsor :)


Wszystko szło rewelacyjnie, aż nadeszły deszczowe dni. Ćwiczyłam wtedy tylko na parkurze gimnastykę itp. Drugiego dnia takich ćwiczeń Karakall zaczął lekko znaczyć na lewy przód, więc odstawiłam go na padok by poskubał trawę.
 Następnego dnia Pan Rafał określił gdzie konia dokładnie boli. Był to mięsień koło lewej łopatki, najprawdopodobniej nadwyrężony. I zaczęło się wcieranie, spacerowanie w ręce. Po kilku dniach kuracji Karakalla tak nosiło, że niestety musiał zostawać w boksie.

Między czasie przyszedł do Nas preparat od darczyńcy Pana Michała Kateszczenko, za co bardzo mu dziękujemy!
Pan Michał zajmuje się dystrybucją preparatów Grand Meadows (tu je znajdziecie http://www.grandmeadows.pl/ ). Jako pierwszy podarunek dostałam preparat Grand Complete (http://www.grandmeadows.pl/?pl_grand-complete,15). Nasz dobrodziej lepiej trafić nie mógł! Preparat spisał się na 5+ , Karakalla bardzo szybko wrócił do zdrowia, jego sierść zaczęła przepięknie błyszczeć i do tego zauważyłam że koń ma lepsze samopoczucie. Czyszczenie błyszczącego konia stało się wielką przyjemnością dla mnie :)
Jeszcze raz dziękujemy Panu Michałowi! Czekamy na kolejne preparaty! A Grand Complete polecam gorąco! :)

Jeziorowe treningi

Nadszedł już czas na wyznaczenie tresy treningowej. Wraz z trenerem udaliśmy się w kierunku jeziora we wsi Drożków. Ja jechałam wierzchem na Karakalli, a Pan Rafał autem za mną. Sam dojazd do jeziora spod stajni mierzy ok. 8 km. Wyznaczyliśmy też małe koło które miało ok. 1km i duże koło 2km. Przez kolejne dwa tygodnie nasz trening opierał się na tej trasie. Jeździłam koła w tempie jakie było odpowiednie na danej nawierzchni drogi. Za pierwszym razem zrobiłam 10 okrążeń małego koła co dało łącznie 26 km. Później dystans zwiększał się, aż doszłam do 10 okrążeń na dużym kole co dało nam 36 km. W trakcie każdego treningu kontrolowałam tętno konia przed i po treningu, czasem nawet w trakcie (głównie po galopie).
Karakalla bardzo dobrze zniósł tak ciężkie treningi. W galopie nadrabiał trasę w kłusie trzymał tempo na poziomie 16km/h, do stępa przechodziliśmy na koniec treningu by nie mieć zbyt szybkiego czasu na naszej mecie oraz by móc wpuścić konia do boksu występowanego.
Trening na wyznaczonych kołach nie należą do najłatwiejszych i najlżejszych. Koń szybko obadał trasę i szedł własnym tempem nie zwracając uwagi na to, że chciałabym kontrolować tempo po swojemu na niektórych odcinkach. Powtarzające się koła mogą zanudzić i jeźdźca i konia.
Jako bardzo ciężkie, wspominam treningi w upalne dni. Wtedy ja i Karakal mieliśmy naprawdę dość.
Podczas tak intensywnych treningów ogr nauczył się kontrolować własne tempo, by nie zamęczyć siebie i mnie na trasie. Jak również jego organizm zaczął przystosowywać się do warunków treningowych. Innymi słowy skóra pod popręgiem zaczęła mu schodzić i pod pachami stał się łysy ;) wszystkie tego typu "metamorfozy" skrzętnie smarowałam tzw. bakteriami, a przed treningiem słabsze miejsca posypywałam pudrem dla niemowląt.
Od tamtej pory sytuacja ze skórą się nie powtórzyła na taką skale.
W terenie również przyszło mi badać tętno konia. W stajni miał zazwyczaj ok 30 na minutę tuż po zakończeniu galopów od 69-85 na minutę, i po powrocie kłusem i stępem do stajni ok 48-60 na minutę.
Nie powtarzałam mocnych treningów dzień w dzień zazwyczaj koń miał jeden lub dwa dni na regenerację, w tym czasie albo jechaliśmy na spacer do lasu albo ćwiczyliśmy posłuszeństwo na padoku, czyli dosiad reakcja na głos i łydkę.



czwartek, 12 lipca 2012

Wrzucamy 3 bieg treningowy!

Po 3 tygodniach lonżowania oraz jazdy stępem i kłusem, Karakalla poczuł chęć i potrzebę swobodnego galopowania ze mną na grzbiecie. Wspaniałe uczucie wiedzieć, że koń niesie mnie na grzbiecie bo chce!
Na początku galopy były bardzo nieśmiałe, jakby bał się zaproponować mi szybsze tempo. 
Być może wynikało to z przyzwyczajeń z toru wyścigowego, gdzie konie są mocno ściągane w galopie, co nie sprawia konikom przyjemności.
Kolejne treningi spędzałam już w siodle. Początkowo godzina stępa, 30 minut kłusa i na koniec minimum 30 minut stepa. Następnie część "kłusowa" rozwijała się.... czyli godzina stępa, 40 minut kłusa, minimum 30 minut stępa i tak aż osiągnęłam 1 godzinę i 30 minut kłusa! Później chody znacznie bardziej mieszały się. Rozgrzewka zawsze zaczynała się minimum 30 minut stępa! Później mieszał się galop z kłusem. Np. 20 minut kłusa 6 minut galopu i znów 20 kłusa. To bardzo męczące treningi. Koń cały czas musi utrzymać tempo. Po przez mieszanie galopu z kłusem okazało się że mój śliczny Karakall odpoczywa w kłusie ;) cfaniak!
Także jak zmachał się w galopie i przechodziliśmy do kłusa, koń sam regulował kłus na takim poziomie, że wypoczywał. 
Najprawdopodobniej nabył tą umiejętność na wcześniejszych treningach na lonży, które pokazały mu że trening jest długi i musi rozłożyć siły. Wyuczył się wtedy kłusa, który go nie męczy, a wręcz przeciwnie! Po galopie zazwyczaj mocno spocony w kłusie wysychał!
Poza treningami w lesie odbywałam również galopy kondycyjne... to dopiero wysiłek dla konia i jeźdźca!
Pierwszy raz taki trening miałam na polu z p. Rafałem jedno okrążenie miało ok. 1 km, był słoneczny mocno dzień i zero wiaterku ;) cudo!
Ponoć przejechałam 8 okrążeń, ale mój mózg przejechał ich 6 :) ciekawa reakcja organizmu na zmęczenie. Karakalla za to udawał, że nie jest zmęczony i ciężko było mi go opanować. Ma chłopak serce do walki.
Następnego dnia ja i mój rumak byliśmy zmęczeni, więc pojechaliśmy na relax do lasu.

Kolejne galopy kondycyjne odbyłam na hali. Miałam jechać galopem 20 minut, więc nastawiłam minutnik i Hop! Bomba w górę! Karakalla trochę się na początku zapomniał, ale później starał się iść równym tempem. Nie hamowałam go i nie poganiałam. Koło 20 okrążenia zwątpił i zrobił parę taktów kłusa, ale dałam mu wyraźny sygnał, że galopujemy. I galopował... 20 minut galopu! Zrobiłam ok 64 okrążeń. byłam mniej zmęczona niż poprzednio, ale strzemiona wbijały mi się w podbicie stóp :) koń zdecydowanie odczuł wtedy te kondycyjne galopy. 
Byłam z siebie niesamowicie dumna! Średnia prędkość, wyszła ok 22km/h. Kolejny trening polegał na tym by wyciągnąć kłus na tyle by osiągnąć takie samo tempo jak w galopie. W końcu kłus pod względem wypoczywania jest naszą mocną stroną :)








piątek, 29 czerwca 2012

Treningi

Jak przychodziłam do stajni najpierw leciałam sprawdzić, czy mój koń dalej tam stoi, czy dalej jest "prawdziwy" ;)
Przed treningiem oczywiście porządne szczotkowanie, staranne zakładanie sprzętu itp. Wszystko po to by mój wierzchowiec czuł się komfortowo w trakcie jazdy.
Każdy trening zaczynałam od przynajmniej 30 minut stępa oraz własnej rozgrzewki. Często puszczałam Karakallę na lonży dookoła, a sama rozciągałam się pośrodku. Często stępował dłużej by wszystkie mięśnie rozluźniły się i przygotowały do pracy.
Potem rozpoczynałem pracę z ziemi w kłusie. Na początku koń miał kłusować 30 min, później 40 min , aż doszliśmy do 90 min kłusa na lonży! Karakal początkowo spalał się na starcie szarżując i dając 100 % z siebie, ale potem zrozumiał, że nie chodzi o to by się spieszył, ale żeby powoli i dokładnie wykonał swoją pracę.
Za każdym razem mierzyłam mu tętno w stajni, przed treningiem, po stępie, po kłusie i po rozstępowaniu.
W stajni i przed treningiem zawsze miał i dalej ma w granicach 35-40 uderzeń na minutę. Po treningu i rozstępowaniu od 48-55 uderzeń na minute. W zależności od intensywności treningu.
Raz w trakcie treningu osiągnął 80 uderzeń na minutę, ale to było maxium jakie osiągnął. Dla mnie był to znak, który mówi, że mój koń nie stresuje się w trakcie treningu oraz nie męczy go bieganie.

Długo pracowałam z ziemi czasem wsiadając na stępa. Gdy koń osiągnął już odpowiednie wyniki na lonży zaczęłam co raz częściej jeździć wierzchem. Początkowo tylko kłusowałam i stępowałam.
Dużo chodziłam z nim na trawę i biegałam. Zaczęłam się dogadywać z moim koniem bez zbędnych sygnałów  jakimi są szarpnięcia, uderzenia itp.
Chciałam by chodził bez wędzideł i początkowo szło nam dobrze, ale tylko na padoku. Zaczęłam również wyjeżdżać w teren, najpierw sam stęp, później dołączyłam trochę kłusa, aż pewnego dnia... ;)
Pewnego pięknego, słonecznego dnia! Pojechałam w teren. Miałam założone dwa ogłowia, ale używałam wodzy tylko od bezwędzidłowego. Jechaliśmy spokojnie stępem, podziwialiśmy widoki, Karakalla dał znak, że jest gotowy na kłus, więc ruszyliśmy. Był dość mocno pobudzony samym wyjściem, ale panowałam nad nim. Dojechaliśmy do drogi obok której było pięknie przeorane pole (nie mylić z bronowanym polem, to było zdecydowanie przeorane tylko), w tym momencie coś w nim pękło i z kłusa ruszył pełnym galopem i potem szybciej i szybciej! Nie czułam pod sobą konia tak walczył z piachem jaki musiał pokonać by osiągnąć swoją prędkość. Próbowałam zatrzymać go dosiadem i bezwędzidłowym, ale niestety nie dało się go nawet zakręcić... więc szybko zaczęłam zbierać wodzę od wędziła i szybko zaczęłam go skręcać by wytracił się z tego pędu. Wpadł w jakieś błoto i bruzdę, ale wyratował się. Po jakiejś minucie pędu udało mi się zmusić go by zaczął robić małe kółka, aż w końcu wyhamował. Nogi miałam jak z galarety!
Pozbierałam się szybko wyjechałam na drogę i jechałam stepem by się uspokoić i konia też.
Od tamtej pory w lesie zawsze jadę na wędzidle, ale już jesteśmy z Karakalem na tyle dogadani, że używam go na szczęście tylko jako pomoc, a nie "narzędzie zbrodni" do zacinania konia na pysku.

fot. W stajni w Starym Kisielinie www.stajniasportowa.pl


czwartek, 21 czerwca 2012

Pierwsze dni

Pierwsze co zrobiłam po przywiezieniu Karakalli do stajni to poszłam spać. Jechaliśmy po niego z Zielonej Góry aż pod Warszawę. prawie 24 godziny jazdy. Byłam wykończona, ale koń stał bezpiecznie w boksie.
Długo nie poleniuchowałam.. fakt bycia właścicielem konia, był zbyt poruszający i już popołudniu szczotkowałam mojego ogra.
Koń był zaniedbany. Grzywa zapuszczona, poprzyklejane resztki odchodów na bokach, mocno utuczony, kantar zaciśnięty wysoko, kopyta dawno nie strugane przez kowala, na kłębie w poprzek odciśnięta pręga od siodła. Garnął się do mnie, interesował się szczotkami.
Pierwsze dni to było czyszczenie go z zaklejek. Musiałam to rozłożyć " na raty ", ponieważ skrobanie sprawiało mu ból. Po czyszczeniu zabierałam go na lonże. Szalał do woli! Brakowało mu ruchu i towarzystwa.
Początkowe lonże nie były długie i nie wymagałam od niego nic poza tym by swoim tempem się wyszalał. Potem zabierałam go na trawę. Widziałam jak kontem oka obserwuje mnie i z dziką rozkoszą zajadał trawę.
Każda lonża kończyła się wesołym tarzaniem. Oj! Uwielbia to chłopak do tej pory! ;)
Przez te pierwsze dni poznawaliśmy się. Uczyłam się gdzie lubi być głaskany, co lubi jeść najbardziej, co lubi robić. Uczyłam się jak on myśli, dlaczego zachowuje się tak, a nie inaczej.
Wezwałam kowala, który był oczarowany jego stoickim spokojem, w końcu ogiery i konie pełnej krwi nie mają najlepszej opinii wśród ogółu, a tu taki wspaniały koń. ;)
Ze spokojem znosił wszystkie zabiegi pielęgnacyjne. Zawsze pozytywnie nastawiony na mój widok.

Po paru dniach poznawania się nadszedł czas na pracę.
Mój maluszek nie był zachwycony na widok siodła, wierzgał nogami gdy zakładałam siodło i tulił uszy. Najwyraźniej nie kojarzył tego zbyt dobrze. Teraz już tak alergicznie nie reaguje ;)
Osiodłałam, okiełznałam i w raz z trenerem - Panem Rafałem- poszliśmy na hale. Tam wsiadłam na niego po raz pierwszy. Pan Rafał trzymał go na lonży na wszelki wypadek. Okazało się że koń nie zamierza mi zrobić krzywdy. Trener odpiął go z lonży i jeździłam sama. Czułam że siedzę na bombie zegarowej, nie wiedziałam kiedy wybuchnie. Na szczęście się to nie zdarzyło ;) zdołałam go opanować. Uczyliśmy się chodzić po hali, skręcanie, stęp, kłus, galop. Dla  mnie to było wielkie przeżycie, chodź trwało to krótko, ponieważ Karakall nie miał jeszcze za dobrej kondycji.
Nogi po pierwszej jeździe trzęsły mi się jak galareta ;)

Kolejne treningi wyglądały już zupełnie inaczej. Uczyłam się jak kontrolować wysiłek konia, jego tętno, stan psychiczny i poziom wykonanej pracy. Każdego dnia Karakalla musiał przebyć na lonży odpowiedni czas w odpowiednim tempie i to jeszcze na piaszczystym podłożu. Często po lonży wsiadałam na niego by go występować. Te treningi były nużące i męczące.
Mój konik na początku nie chciał chodzić na lonży w prawą stronę. Próbowałam go przekonać, że prawa strona też jest dobra, ale chyba za bardzo wczułam się w role "mamy" ;). Pan Rafał wziął mojego maluszka na lonży i pokazał mi ciekawy sposób, który szybko nauczył Karaluszka kto tak naprawdę rządzi. Nie użył żadnego bata, kija czy sznura!! NIE! Nie było żadnego bicia konia!  I powiem Wam że ten sposób działa w każdej kwestii spornej z koniem ;)
Otóż mój Pan trener zabrał mi lonże i powiedział wzrokiem "patrz i ucz się". Usunęłam się na bok i patrzyłam...
Pan Rafał najpierw lonżował konia w jego ulubioną lewą stronę. Potem próbował w prawo, ale Karaluch rzucił "fochem" postraszył uszami i stanął. Zaczął odganiać stanowczo konia. Oj zdziwił się koniuch! Po chwili zastanowienia (dla konia oczywiście) Karakall zaczął ruszać pyskiem i zainteresowaniem patrzeć na trenera, więc Pan Rafał zaczął przyciągać go do siebie i mówić do niego "chodź", koń nie chętnie chciał podejść, więc ponownie został odgoniony i znów przyciągany. Podszedł. Został nagrodzony przez trenera i ten ponowił prośbę do konia by poszedł w prawo na lonży, ale koń odmówił.  Ponownie został odgoniony. Sytuacja powtórzyła się kilkakrotnie. Gdy chciał by koń poszedł w prawo, ustawiał konia w prawym kierunku zastawiał mu przestrzeń za nim i mówił "moja strona", wszystko co mówił i robił było stanowczo "postawione". Po kilku takich próbach koń biegał w prawą stronę bez zawahania. 
Ten cały zabieg pokazywał Karakalli że jak nie będzie posłuszny to zostanie odgoniony od "stada"/ towarzystwa i zostanie sam, a wiadomo, że konie mają instynkt stadny, więc odgonienie go to największa kara dla niego. 
To była dla mnie jedna z ważniejszych lekcji. Od tej pory zaczęłam zastanawiać się co mój koń myśli i co chce mi powiedzieć.

zdj. Karakalla już w nowym domu. W stajni w Starym Kisielinie.


czwartek, 14 czerwca 2012

Początki

Witam wszystkich :)
Moja przygoda z końmi zaczęła się bardzo dawno temu i ciągnie się niemalże nieprzerwanie po dziś dzień.
Jak każda dziewczyna kochająca konie marzyłam o własnym rumaku! Niestety, wyszkolona przez szkółki jeździeckie pomagałam przy układaniu koni na kliku stajniach i zawsze moje wierzchowce szły na sprzedaż do ludzi lub do innych stajni. Łamało mi to serce! Jednak trzeba było żyć dalej. Gdy weszłam w dorosłe życie, ukończyłam szkoły, zrobiłam kurs  instruktora jazdy konnej, obroniłam tytuł licencjata, postanowiłam pójść do pracy i na studia zaoczne. Praca otworzyła przede mną nowe możliwości! Mimo iż nie była to praca przy koniach, ale była spokrewniona z moim zawodem i przynosiła pieniążki. I w tym momencie poczułam że to ten czas! Czas na własnego konia! Był już upatrzony źrebak którego sama wychowałam, bo jego mamusia zdechła. Był lichym koniem. szczupły, nie wysoki, łykawy... same wady. Koń miał być mój, było to ustalone z właścicielem. Kupiłam mu ogłowie, siodło, szczotki... wszystko co potrzebne.
Nadszedł czas sesji. Miałam mało czasu by zaglądać na stajnie. Po dwóch tygodniach studenckiej batalii poszłam do koników, a tam.... PUSTO! Po pięciu koniach nie zostało śladu. Byłam zrozpaczona. Właściciel powiedział, że jeden kupiec zabrał wszystkie.. Pewnie miał na myśli handlarza... Przygnębiło mnie to mocno.
Postanowiłam nie poddawać się i podjąć poszukiwania konia na nowo!
Wymyśliłam sobie że moim koniem powinien być hucuł. Mały, odważny, wytrzymały konik. W końcu w razie kryzysu może spać w stodole ;) , ale przede wszystkim myślałam o tym by chodził w hipoterapii i pod dzieciakami i zarabiał na siebie.
Oglądałam różne konie, aż w końcu, w listopadzie, trafiłam na ogiera huculskiego o imieniu Piorun. Kary 3-letni, ze szlachetną główką hucułek ujął mnie! Umówiłam się z właścicielem że dam znać czy go biorę.  Zły los, a raczej czyjaś nieodpowiedzialność sprawiła iż firma w której pracowałam upadła. Musiałam porzucić myśl o czarnym Piorunie.
Nastał grudzień Święta, moje imieniny i tuż tuż w styczniu moje urodziny. Mój chłopak powiedział że kupi mi Pioruna na te trzy okazje, co za radość! Pozostało mi tylko niecierpliwie czekać!
Sylwester... pojechałam do wsi Bulin zaprezentować swoje umiejętności instruktorskie i poznałam Pana Rafała, który hoduje konie pełnej krwi angielskiej. Ten gość wie o nich wszystko! Zaimponował mi wiedzą na temat koni, mimo iż on sam nie jeździ. Zainteresowałam się sławami koni pełnej krwi i ich "parzeniu". Sama zaczęłam sprawdzać konie na podstawie rodowodu.
Pomyślałam po co mi hucuł? Ogier pełnej krwi może mi przynieść lepszy zarobek jako koń stanowiący, w końcu chciałam by mój koń też zarabiał na siebie.
Piorun poszedł w odstawkę. Teraz szukałam konia pełnej krwi, o odpowiednim rodowodzie. Już w styczniu zobaczyłam aukcję allegro z koniem o imieniu Karakalla. Moje pierwsze słowa na widok jego zdjęć : "ale mięśniak!" . Samo imię tego konia bardzo przypadło mi do gustu. Rozważałam nad kilkoma końmi. Oglądałam nawet konie w Jaroszówce. Międzyczasie dostawałam od właściciela Karakalli niepokojące wieści, że chce on go sprzedać do rzeźni, ponieważ nie potrzebny mu ogier w stadzie (generalnie dużo koni pełnej krwi idzie do rzeźni jeżeli nie sprawdzi się na wyścigach).
11 kwietnia 2012 w końcu pojechaliśmy do Pawłowa pod Warszawą po Karakallę. Mieliśmy jechać bez bukmanki, ale powiedziałam że jedziemy po mojego konia, więc przyczepka potoczyła się z nami.
Widziałam go tylko na zdjęciach i filmikach. Pisałam z dziewczyną, która na nim jeździła i nie była nim zachwycona, bo ponosi, ale ja czułam że to musi być mój koń. Pojechaliśmy po konia w ciemno...
Cały dzień jazdy! Na miejscu wyprowadzili nam ze stajni gniadego wielkiego grubaska. Koń okazał się zdrowy, poprawnie zbudowany, przyjaźnie nastawiony do ludzi, podał mi wszystkie nogi i co chwila się tarzał. Bierzemy!
Podpisanie umowy, coś czego nie zapomnę! W tamtym momencie stałam się prawną właścicielką Karakalli. Cudowne uczucie. Moje marzenie zaczęło się spełniać. Karakalla ze stoickim spokojem wszedł na przyczepkę i grzecznie czekał, aż wszystko pozamykamy. W drodze kilkakrotnie się zatrzymywaliśmy na kawę i by sprawdzić jak konik. Za każdym razem gdy do niego zaglądałam miał tą samą poczciwą i uroczą minę, wydawał się po prostu wdzięczny i zadowolony.
O 6 rano zajechaliśmy do stajni, gdzie już czekał piękny boks dla mojego ogra. Praktycznie byliśmy 24 h bez snu, by teraz ten koń zamiast w rzeźni stał tu w tym pięknym nowym boksie.
Tak właśnie zaczęła się moja przygoda z Karakallą.

zdj. Karakalla jeszcze w starej stajni.