piątek, 29 czerwca 2012

Treningi

Jak przychodziłam do stajni najpierw leciałam sprawdzić, czy mój koń dalej tam stoi, czy dalej jest "prawdziwy" ;)
Przed treningiem oczywiście porządne szczotkowanie, staranne zakładanie sprzętu itp. Wszystko po to by mój wierzchowiec czuł się komfortowo w trakcie jazdy.
Każdy trening zaczynałam od przynajmniej 30 minut stępa oraz własnej rozgrzewki. Często puszczałam Karakallę na lonży dookoła, a sama rozciągałam się pośrodku. Często stępował dłużej by wszystkie mięśnie rozluźniły się i przygotowały do pracy.
Potem rozpoczynałem pracę z ziemi w kłusie. Na początku koń miał kłusować 30 min, później 40 min , aż doszliśmy do 90 min kłusa na lonży! Karakal początkowo spalał się na starcie szarżując i dając 100 % z siebie, ale potem zrozumiał, że nie chodzi o to by się spieszył, ale żeby powoli i dokładnie wykonał swoją pracę.
Za każdym razem mierzyłam mu tętno w stajni, przed treningiem, po stępie, po kłusie i po rozstępowaniu.
W stajni i przed treningiem zawsze miał i dalej ma w granicach 35-40 uderzeń na minutę. Po treningu i rozstępowaniu od 48-55 uderzeń na minute. W zależności od intensywności treningu.
Raz w trakcie treningu osiągnął 80 uderzeń na minutę, ale to było maxium jakie osiągnął. Dla mnie był to znak, który mówi, że mój koń nie stresuje się w trakcie treningu oraz nie męczy go bieganie.

Długo pracowałam z ziemi czasem wsiadając na stępa. Gdy koń osiągnął już odpowiednie wyniki na lonży zaczęłam co raz częściej jeździć wierzchem. Początkowo tylko kłusowałam i stępowałam.
Dużo chodziłam z nim na trawę i biegałam. Zaczęłam się dogadywać z moim koniem bez zbędnych sygnałów  jakimi są szarpnięcia, uderzenia itp.
Chciałam by chodził bez wędzideł i początkowo szło nam dobrze, ale tylko na padoku. Zaczęłam również wyjeżdżać w teren, najpierw sam stęp, później dołączyłam trochę kłusa, aż pewnego dnia... ;)
Pewnego pięknego, słonecznego dnia! Pojechałam w teren. Miałam założone dwa ogłowia, ale używałam wodzy tylko od bezwędzidłowego. Jechaliśmy spokojnie stępem, podziwialiśmy widoki, Karakalla dał znak, że jest gotowy na kłus, więc ruszyliśmy. Był dość mocno pobudzony samym wyjściem, ale panowałam nad nim. Dojechaliśmy do drogi obok której było pięknie przeorane pole (nie mylić z bronowanym polem, to było zdecydowanie przeorane tylko), w tym momencie coś w nim pękło i z kłusa ruszył pełnym galopem i potem szybciej i szybciej! Nie czułam pod sobą konia tak walczył z piachem jaki musiał pokonać by osiągnąć swoją prędkość. Próbowałam zatrzymać go dosiadem i bezwędzidłowym, ale niestety nie dało się go nawet zakręcić... więc szybko zaczęłam zbierać wodzę od wędziła i szybko zaczęłam go skręcać by wytracił się z tego pędu. Wpadł w jakieś błoto i bruzdę, ale wyratował się. Po jakiejś minucie pędu udało mi się zmusić go by zaczął robić małe kółka, aż w końcu wyhamował. Nogi miałam jak z galarety!
Pozbierałam się szybko wyjechałam na drogę i jechałam stepem by się uspokoić i konia też.
Od tamtej pory w lesie zawsze jadę na wędzidle, ale już jesteśmy z Karakalem na tyle dogadani, że używam go na szczęście tylko jako pomoc, a nie "narzędzie zbrodni" do zacinania konia na pysku.

fot. W stajni w Starym Kisielinie www.stajniasportowa.pl


czwartek, 21 czerwca 2012

Pierwsze dni

Pierwsze co zrobiłam po przywiezieniu Karakalli do stajni to poszłam spać. Jechaliśmy po niego z Zielonej Góry aż pod Warszawę. prawie 24 godziny jazdy. Byłam wykończona, ale koń stał bezpiecznie w boksie.
Długo nie poleniuchowałam.. fakt bycia właścicielem konia, był zbyt poruszający i już popołudniu szczotkowałam mojego ogra.
Koń był zaniedbany. Grzywa zapuszczona, poprzyklejane resztki odchodów na bokach, mocno utuczony, kantar zaciśnięty wysoko, kopyta dawno nie strugane przez kowala, na kłębie w poprzek odciśnięta pręga od siodła. Garnął się do mnie, interesował się szczotkami.
Pierwsze dni to było czyszczenie go z zaklejek. Musiałam to rozłożyć " na raty ", ponieważ skrobanie sprawiało mu ból. Po czyszczeniu zabierałam go na lonże. Szalał do woli! Brakowało mu ruchu i towarzystwa.
Początkowe lonże nie były długie i nie wymagałam od niego nic poza tym by swoim tempem się wyszalał. Potem zabierałam go na trawę. Widziałam jak kontem oka obserwuje mnie i z dziką rozkoszą zajadał trawę.
Każda lonża kończyła się wesołym tarzaniem. Oj! Uwielbia to chłopak do tej pory! ;)
Przez te pierwsze dni poznawaliśmy się. Uczyłam się gdzie lubi być głaskany, co lubi jeść najbardziej, co lubi robić. Uczyłam się jak on myśli, dlaczego zachowuje się tak, a nie inaczej.
Wezwałam kowala, który był oczarowany jego stoickim spokojem, w końcu ogiery i konie pełnej krwi nie mają najlepszej opinii wśród ogółu, a tu taki wspaniały koń. ;)
Ze spokojem znosił wszystkie zabiegi pielęgnacyjne. Zawsze pozytywnie nastawiony na mój widok.

Po paru dniach poznawania się nadszedł czas na pracę.
Mój maluszek nie był zachwycony na widok siodła, wierzgał nogami gdy zakładałam siodło i tulił uszy. Najwyraźniej nie kojarzył tego zbyt dobrze. Teraz już tak alergicznie nie reaguje ;)
Osiodłałam, okiełznałam i w raz z trenerem - Panem Rafałem- poszliśmy na hale. Tam wsiadłam na niego po raz pierwszy. Pan Rafał trzymał go na lonży na wszelki wypadek. Okazało się że koń nie zamierza mi zrobić krzywdy. Trener odpiął go z lonży i jeździłam sama. Czułam że siedzę na bombie zegarowej, nie wiedziałam kiedy wybuchnie. Na szczęście się to nie zdarzyło ;) zdołałam go opanować. Uczyliśmy się chodzić po hali, skręcanie, stęp, kłus, galop. Dla  mnie to było wielkie przeżycie, chodź trwało to krótko, ponieważ Karakall nie miał jeszcze za dobrej kondycji.
Nogi po pierwszej jeździe trzęsły mi się jak galareta ;)

Kolejne treningi wyglądały już zupełnie inaczej. Uczyłam się jak kontrolować wysiłek konia, jego tętno, stan psychiczny i poziom wykonanej pracy. Każdego dnia Karakalla musiał przebyć na lonży odpowiedni czas w odpowiednim tempie i to jeszcze na piaszczystym podłożu. Często po lonży wsiadałam na niego by go występować. Te treningi były nużące i męczące.
Mój konik na początku nie chciał chodzić na lonży w prawą stronę. Próbowałam go przekonać, że prawa strona też jest dobra, ale chyba za bardzo wczułam się w role "mamy" ;). Pan Rafał wziął mojego maluszka na lonży i pokazał mi ciekawy sposób, który szybko nauczył Karaluszka kto tak naprawdę rządzi. Nie użył żadnego bata, kija czy sznura!! NIE! Nie było żadnego bicia konia!  I powiem Wam że ten sposób działa w każdej kwestii spornej z koniem ;)
Otóż mój Pan trener zabrał mi lonże i powiedział wzrokiem "patrz i ucz się". Usunęłam się na bok i patrzyłam...
Pan Rafał najpierw lonżował konia w jego ulubioną lewą stronę. Potem próbował w prawo, ale Karaluch rzucił "fochem" postraszył uszami i stanął. Zaczął odganiać stanowczo konia. Oj zdziwił się koniuch! Po chwili zastanowienia (dla konia oczywiście) Karakall zaczął ruszać pyskiem i zainteresowaniem patrzeć na trenera, więc Pan Rafał zaczął przyciągać go do siebie i mówić do niego "chodź", koń nie chętnie chciał podejść, więc ponownie został odgoniony i znów przyciągany. Podszedł. Został nagrodzony przez trenera i ten ponowił prośbę do konia by poszedł w prawo na lonży, ale koń odmówił.  Ponownie został odgoniony. Sytuacja powtórzyła się kilkakrotnie. Gdy chciał by koń poszedł w prawo, ustawiał konia w prawym kierunku zastawiał mu przestrzeń za nim i mówił "moja strona", wszystko co mówił i robił było stanowczo "postawione". Po kilku takich próbach koń biegał w prawą stronę bez zawahania. 
Ten cały zabieg pokazywał Karakalli że jak nie będzie posłuszny to zostanie odgoniony od "stada"/ towarzystwa i zostanie sam, a wiadomo, że konie mają instynkt stadny, więc odgonienie go to największa kara dla niego. 
To była dla mnie jedna z ważniejszych lekcji. Od tej pory zaczęłam zastanawiać się co mój koń myśli i co chce mi powiedzieć.

zdj. Karakalla już w nowym domu. W stajni w Starym Kisielinie.


czwartek, 14 czerwca 2012

Początki

Witam wszystkich :)
Moja przygoda z końmi zaczęła się bardzo dawno temu i ciągnie się niemalże nieprzerwanie po dziś dzień.
Jak każda dziewczyna kochająca konie marzyłam o własnym rumaku! Niestety, wyszkolona przez szkółki jeździeckie pomagałam przy układaniu koni na kliku stajniach i zawsze moje wierzchowce szły na sprzedaż do ludzi lub do innych stajni. Łamało mi to serce! Jednak trzeba było żyć dalej. Gdy weszłam w dorosłe życie, ukończyłam szkoły, zrobiłam kurs  instruktora jazdy konnej, obroniłam tytuł licencjata, postanowiłam pójść do pracy i na studia zaoczne. Praca otworzyła przede mną nowe możliwości! Mimo iż nie była to praca przy koniach, ale była spokrewniona z moim zawodem i przynosiła pieniążki. I w tym momencie poczułam że to ten czas! Czas na własnego konia! Był już upatrzony źrebak którego sama wychowałam, bo jego mamusia zdechła. Był lichym koniem. szczupły, nie wysoki, łykawy... same wady. Koń miał być mój, było to ustalone z właścicielem. Kupiłam mu ogłowie, siodło, szczotki... wszystko co potrzebne.
Nadszedł czas sesji. Miałam mało czasu by zaglądać na stajnie. Po dwóch tygodniach studenckiej batalii poszłam do koników, a tam.... PUSTO! Po pięciu koniach nie zostało śladu. Byłam zrozpaczona. Właściciel powiedział, że jeden kupiec zabrał wszystkie.. Pewnie miał na myśli handlarza... Przygnębiło mnie to mocno.
Postanowiłam nie poddawać się i podjąć poszukiwania konia na nowo!
Wymyśliłam sobie że moim koniem powinien być hucuł. Mały, odważny, wytrzymały konik. W końcu w razie kryzysu może spać w stodole ;) , ale przede wszystkim myślałam o tym by chodził w hipoterapii i pod dzieciakami i zarabiał na siebie.
Oglądałam różne konie, aż w końcu, w listopadzie, trafiłam na ogiera huculskiego o imieniu Piorun. Kary 3-letni, ze szlachetną główką hucułek ujął mnie! Umówiłam się z właścicielem że dam znać czy go biorę.  Zły los, a raczej czyjaś nieodpowiedzialność sprawiła iż firma w której pracowałam upadła. Musiałam porzucić myśl o czarnym Piorunie.
Nastał grudzień Święta, moje imieniny i tuż tuż w styczniu moje urodziny. Mój chłopak powiedział że kupi mi Pioruna na te trzy okazje, co za radość! Pozostało mi tylko niecierpliwie czekać!
Sylwester... pojechałam do wsi Bulin zaprezentować swoje umiejętności instruktorskie i poznałam Pana Rafała, który hoduje konie pełnej krwi angielskiej. Ten gość wie o nich wszystko! Zaimponował mi wiedzą na temat koni, mimo iż on sam nie jeździ. Zainteresowałam się sławami koni pełnej krwi i ich "parzeniu". Sama zaczęłam sprawdzać konie na podstawie rodowodu.
Pomyślałam po co mi hucuł? Ogier pełnej krwi może mi przynieść lepszy zarobek jako koń stanowiący, w końcu chciałam by mój koń też zarabiał na siebie.
Piorun poszedł w odstawkę. Teraz szukałam konia pełnej krwi, o odpowiednim rodowodzie. Już w styczniu zobaczyłam aukcję allegro z koniem o imieniu Karakalla. Moje pierwsze słowa na widok jego zdjęć : "ale mięśniak!" . Samo imię tego konia bardzo przypadło mi do gustu. Rozważałam nad kilkoma końmi. Oglądałam nawet konie w Jaroszówce. Międzyczasie dostawałam od właściciela Karakalli niepokojące wieści, że chce on go sprzedać do rzeźni, ponieważ nie potrzebny mu ogier w stadzie (generalnie dużo koni pełnej krwi idzie do rzeźni jeżeli nie sprawdzi się na wyścigach).
11 kwietnia 2012 w końcu pojechaliśmy do Pawłowa pod Warszawą po Karakallę. Mieliśmy jechać bez bukmanki, ale powiedziałam że jedziemy po mojego konia, więc przyczepka potoczyła się z nami.
Widziałam go tylko na zdjęciach i filmikach. Pisałam z dziewczyną, która na nim jeździła i nie była nim zachwycona, bo ponosi, ale ja czułam że to musi być mój koń. Pojechaliśmy po konia w ciemno...
Cały dzień jazdy! Na miejscu wyprowadzili nam ze stajni gniadego wielkiego grubaska. Koń okazał się zdrowy, poprawnie zbudowany, przyjaźnie nastawiony do ludzi, podał mi wszystkie nogi i co chwila się tarzał. Bierzemy!
Podpisanie umowy, coś czego nie zapomnę! W tamtym momencie stałam się prawną właścicielką Karakalli. Cudowne uczucie. Moje marzenie zaczęło się spełniać. Karakalla ze stoickim spokojem wszedł na przyczepkę i grzecznie czekał, aż wszystko pozamykamy. W drodze kilkakrotnie się zatrzymywaliśmy na kawę i by sprawdzić jak konik. Za każdym razem gdy do niego zaglądałam miał tą samą poczciwą i uroczą minę, wydawał się po prostu wdzięczny i zadowolony.
O 6 rano zajechaliśmy do stajni, gdzie już czekał piękny boks dla mojego ogra. Praktycznie byliśmy 24 h bez snu, by teraz ten koń zamiast w rzeźni stał tu w tym pięknym nowym boksie.
Tak właśnie zaczęła się moja przygoda z Karakallą.

zdj. Karakalla jeszcze w starej stajni.