czwartek, 14 czerwca 2012

Początki

Witam wszystkich :)
Moja przygoda z końmi zaczęła się bardzo dawno temu i ciągnie się niemalże nieprzerwanie po dziś dzień.
Jak każda dziewczyna kochająca konie marzyłam o własnym rumaku! Niestety, wyszkolona przez szkółki jeździeckie pomagałam przy układaniu koni na kliku stajniach i zawsze moje wierzchowce szły na sprzedaż do ludzi lub do innych stajni. Łamało mi to serce! Jednak trzeba było żyć dalej. Gdy weszłam w dorosłe życie, ukończyłam szkoły, zrobiłam kurs  instruktora jazdy konnej, obroniłam tytuł licencjata, postanowiłam pójść do pracy i na studia zaoczne. Praca otworzyła przede mną nowe możliwości! Mimo iż nie była to praca przy koniach, ale była spokrewniona z moim zawodem i przynosiła pieniążki. I w tym momencie poczułam że to ten czas! Czas na własnego konia! Był już upatrzony źrebak którego sama wychowałam, bo jego mamusia zdechła. Był lichym koniem. szczupły, nie wysoki, łykawy... same wady. Koń miał być mój, było to ustalone z właścicielem. Kupiłam mu ogłowie, siodło, szczotki... wszystko co potrzebne.
Nadszedł czas sesji. Miałam mało czasu by zaglądać na stajnie. Po dwóch tygodniach studenckiej batalii poszłam do koników, a tam.... PUSTO! Po pięciu koniach nie zostało śladu. Byłam zrozpaczona. Właściciel powiedział, że jeden kupiec zabrał wszystkie.. Pewnie miał na myśli handlarza... Przygnębiło mnie to mocno.
Postanowiłam nie poddawać się i podjąć poszukiwania konia na nowo!
Wymyśliłam sobie że moim koniem powinien być hucuł. Mały, odważny, wytrzymały konik. W końcu w razie kryzysu może spać w stodole ;) , ale przede wszystkim myślałam o tym by chodził w hipoterapii i pod dzieciakami i zarabiał na siebie.
Oglądałam różne konie, aż w końcu, w listopadzie, trafiłam na ogiera huculskiego o imieniu Piorun. Kary 3-letni, ze szlachetną główką hucułek ujął mnie! Umówiłam się z właścicielem że dam znać czy go biorę.  Zły los, a raczej czyjaś nieodpowiedzialność sprawiła iż firma w której pracowałam upadła. Musiałam porzucić myśl o czarnym Piorunie.
Nastał grudzień Święta, moje imieniny i tuż tuż w styczniu moje urodziny. Mój chłopak powiedział że kupi mi Pioruna na te trzy okazje, co za radość! Pozostało mi tylko niecierpliwie czekać!
Sylwester... pojechałam do wsi Bulin zaprezentować swoje umiejętności instruktorskie i poznałam Pana Rafała, który hoduje konie pełnej krwi angielskiej. Ten gość wie o nich wszystko! Zaimponował mi wiedzą na temat koni, mimo iż on sam nie jeździ. Zainteresowałam się sławami koni pełnej krwi i ich "parzeniu". Sama zaczęłam sprawdzać konie na podstawie rodowodu.
Pomyślałam po co mi hucuł? Ogier pełnej krwi może mi przynieść lepszy zarobek jako koń stanowiący, w końcu chciałam by mój koń też zarabiał na siebie.
Piorun poszedł w odstawkę. Teraz szukałam konia pełnej krwi, o odpowiednim rodowodzie. Już w styczniu zobaczyłam aukcję allegro z koniem o imieniu Karakalla. Moje pierwsze słowa na widok jego zdjęć : "ale mięśniak!" . Samo imię tego konia bardzo przypadło mi do gustu. Rozważałam nad kilkoma końmi. Oglądałam nawet konie w Jaroszówce. Międzyczasie dostawałam od właściciela Karakalli niepokojące wieści, że chce on go sprzedać do rzeźni, ponieważ nie potrzebny mu ogier w stadzie (generalnie dużo koni pełnej krwi idzie do rzeźni jeżeli nie sprawdzi się na wyścigach).
11 kwietnia 2012 w końcu pojechaliśmy do Pawłowa pod Warszawą po Karakallę. Mieliśmy jechać bez bukmanki, ale powiedziałam że jedziemy po mojego konia, więc przyczepka potoczyła się z nami.
Widziałam go tylko na zdjęciach i filmikach. Pisałam z dziewczyną, która na nim jeździła i nie była nim zachwycona, bo ponosi, ale ja czułam że to musi być mój koń. Pojechaliśmy po konia w ciemno...
Cały dzień jazdy! Na miejscu wyprowadzili nam ze stajni gniadego wielkiego grubaska. Koń okazał się zdrowy, poprawnie zbudowany, przyjaźnie nastawiony do ludzi, podał mi wszystkie nogi i co chwila się tarzał. Bierzemy!
Podpisanie umowy, coś czego nie zapomnę! W tamtym momencie stałam się prawną właścicielką Karakalli. Cudowne uczucie. Moje marzenie zaczęło się spełniać. Karakalla ze stoickim spokojem wszedł na przyczepkę i grzecznie czekał, aż wszystko pozamykamy. W drodze kilkakrotnie się zatrzymywaliśmy na kawę i by sprawdzić jak konik. Za każdym razem gdy do niego zaglądałam miał tą samą poczciwą i uroczą minę, wydawał się po prostu wdzięczny i zadowolony.
O 6 rano zajechaliśmy do stajni, gdzie już czekał piękny boks dla mojego ogra. Praktycznie byliśmy 24 h bez snu, by teraz ten koń zamiast w rzeźni stał tu w tym pięknym nowym boksie.
Tak właśnie zaczęła się moja przygoda z Karakallą.

zdj. Karakalla jeszcze w starej stajni.



Brak komentarzy:

Prześlij komentarz