Długo nie poleniuchowałam.. fakt bycia właścicielem konia, był zbyt poruszający i już popołudniu szczotkowałam mojego ogra.
Koń był zaniedbany. Grzywa zapuszczona, poprzyklejane resztki odchodów na bokach, mocno utuczony, kantar zaciśnięty wysoko, kopyta dawno nie strugane przez kowala, na kłębie w poprzek odciśnięta pręga od siodła. Garnął się do mnie, interesował się szczotkami.
Pierwsze dni to było czyszczenie go z zaklejek. Musiałam to rozłożyć " na raty ", ponieważ skrobanie sprawiało mu ból. Po czyszczeniu zabierałam go na lonże. Szalał do woli! Brakowało mu ruchu i towarzystwa.
Początkowe lonże nie były długie i nie wymagałam od niego nic poza tym by swoim tempem się wyszalał. Potem zabierałam go na trawę. Widziałam jak kontem oka obserwuje mnie i z dziką rozkoszą zajadał trawę.
Każda lonża kończyła się wesołym tarzaniem. Oj! Uwielbia to chłopak do tej pory! ;)
Przez te pierwsze dni poznawaliśmy się. Uczyłam się gdzie lubi być głaskany, co lubi jeść najbardziej, co lubi robić. Uczyłam się jak on myśli, dlaczego zachowuje się tak, a nie inaczej.
Wezwałam kowala, który był oczarowany jego stoickim spokojem, w końcu ogiery i konie pełnej krwi nie mają najlepszej opinii wśród ogółu, a tu taki wspaniały koń. ;)
Ze spokojem znosił wszystkie zabiegi pielęgnacyjne. Zawsze pozytywnie nastawiony na mój widok.
Po paru dniach poznawania się nadszedł czas na pracę.
Mój maluszek nie był zachwycony na widok siodła, wierzgał nogami gdy zakładałam siodło i tulił uszy. Najwyraźniej nie kojarzył tego zbyt dobrze. Teraz już tak alergicznie nie reaguje ;)
Osiodłałam, okiełznałam i w raz z trenerem - Panem Rafałem- poszliśmy na hale. Tam wsiadłam na niego po raz pierwszy. Pan Rafał trzymał go na lonży na wszelki wypadek. Okazało się że koń nie zamierza mi zrobić krzywdy. Trener odpiął go z lonży i jeździłam sama. Czułam że siedzę na bombie zegarowej, nie wiedziałam kiedy wybuchnie. Na szczęście się to nie zdarzyło ;) zdołałam go opanować. Uczyliśmy się chodzić po hali, skręcanie, stęp, kłus, galop. Dla mnie to było wielkie przeżycie, chodź trwało to krótko, ponieważ Karakall nie miał jeszcze za dobrej kondycji.
Nogi po pierwszej jeździe trzęsły mi się jak galareta ;)
Kolejne treningi wyglądały już zupełnie inaczej. Uczyłam się jak kontrolować wysiłek konia, jego tętno, stan psychiczny i poziom wykonanej pracy. Każdego dnia Karakalla musiał przebyć na lonży odpowiedni czas w odpowiednim tempie i to jeszcze na piaszczystym podłożu. Często po lonży wsiadałam na niego by go występować. Te treningi były nużące i męczące.
Mój konik na początku nie chciał chodzić na lonży w prawą stronę. Próbowałam go przekonać, że prawa strona też jest dobra, ale chyba za bardzo wczułam się w role "mamy" ;). Pan Rafał wziął mojego maluszka na lonży i pokazał mi ciekawy sposób, który szybko nauczył Karaluszka kto tak naprawdę rządzi. Nie użył żadnego bata, kija czy sznura!! NIE! Nie było żadnego bicia konia! I powiem Wam że ten sposób działa w każdej kwestii spornej z koniem ;)
Otóż mój Pan trener zabrał mi lonże i powiedział wzrokiem "patrz i ucz się". Usunęłam się na bok i patrzyłam...
Pan Rafał najpierw lonżował konia w jego ulubioną lewą stronę. Potem próbował w prawo, ale Karaluch rzucił "fochem" postraszył uszami i stanął. Zaczął odganiać stanowczo konia. Oj zdziwił się koniuch! Po chwili zastanowienia (dla konia oczywiście) Karakall zaczął ruszać pyskiem i zainteresowaniem patrzeć na trenera, więc Pan Rafał zaczął przyciągać go do siebie i mówić do niego "chodź", koń nie chętnie chciał podejść, więc ponownie został odgoniony i znów przyciągany. Podszedł. Został nagrodzony przez trenera i ten ponowił prośbę do konia by poszedł w prawo na lonży, ale koń odmówił. Ponownie został odgoniony. Sytuacja powtórzyła się kilkakrotnie. Gdy chciał by koń poszedł w prawo, ustawiał konia w prawym kierunku zastawiał mu przestrzeń za nim i mówił "moja strona", wszystko co mówił i robił było stanowczo "postawione". Po kilku takich próbach koń biegał w prawą stronę bez zawahania.
Ten cały zabieg pokazywał Karakalli że jak nie będzie posłuszny to zostanie odgoniony od "stada"/ towarzystwa i zostanie sam, a wiadomo, że konie mają instynkt stadny, więc odgonienie go to największa kara dla niego.
To była dla mnie jedna z ważniejszych lekcji. Od tej pory zaczęłam zastanawiać się co mój koń myśli i co chce mi powiedzieć.
.jpg)
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz